|
Hanna Litwiniuk-Zboinska
Ostatnie kazanie
W niedzielne majowe popoludnie, z sinymi kolanami, glodna i pelna niezrozumienia tego, co sie wydarzylo, wracalam do domu. W bialej, koronkowej sukience, wianuszku i bukietem stokrotek. Czulam sie lekka i oczyszczona z grzechów, które musialam zapewne popelnic wczesniej, przed przystapieniem do Pierwszej Komunii. O tym przynajmniej zapewniala mnie siostra zakonna i ksiadz podczas lekcji religii.
Wtedy tak to po prostu bylo i nikt nie pytal o wiecej.
Zjadlam uroczysty obiad w gronie rodziny. Wreczono mi kilka prezentów, w tym obowiazkowo zegarek. I wiem, ze bylo bardzo swiatecznie, ale wlasciwie dlaczego?
O tym nikt ze mna nie rozmawial.
Na tym etapie zycia skonczyla sie moja sciezka do Boga, bo rodzice wyjechali wraz ze mna na kilka lat sluzbowo do NRD a tam panowal juz inny kosmos z innym obrzadkiem. Matka wieszajac medalik z wizerunkiem Matki Boskiej miedzy faldy ciezkiej lnianej zaslony powiedziala: ”Teraz musimy byc ostrozni“.
O tym tez nikt ze mna nie rozmawial.
Wiedzialam jednak, ze Bóg stal sie moja wielka tajemnica.
W 1978 roku oslupialam na kanapie obserwujac wiesci z Watykanu i czulam, ze ta moja wewnetrzna tajemnica jest od zaraz czyms jawnym i pozytywnym. Spadl mi kamien z serca. Czulam sie wolna i oswobodzona z przymusu milczenia.
Pan Bóg zeslal nam Karola Wojtyle i powierzyl mu nadzwyczajna misje. To pierwszy cud, jaki w zyciu przezylam.
Papiez-Polak podparl sie pasterska laska i wyruszyl z Rzymu w swiat. Przez wiele lat wedrowal przez wszystkie kontynenty i czynil… cuda. Gdziekolwiek sie pojawil swiat ukladal sie w inny wzór. Nieraz wypowiadal magiczne slowa, jak np. w Warszawie podczas pierwszej swojej wizyty w kraju.“Niech zstapi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi” - powiedzial podczas kazania i zaraz potem tak sie stalo. Caly kontynent wrócil do zycia. Nieraz wystarczylo, ze sie usmiechal albo wystukiwal palcami rytm piesni a ludzie poczuli znów smak radosci. Wyprostowal zgarbionych i posepnych katolików, zaprosil ich do „tanca” i „spiewu” –„nie lekajcie sie” mawial we wszystkich jezykach. Zaledwie jedno proste zdanie a odmienialo na trwale losy wielu zagubionych. Lubil tez kremówki i powiedzial nam o tym w Wadowicach. A my razem z nim dostrzeglismy uroki codzienne, bez obawy o grzech i wine.
Dopiero teraz czulam, ze ktos ze mna rozmawia i wyjasnia mi istote rzeczy.
Podgladalam go i uczylam sie znajdowac Boga poza murami swiatyn; w oczach mojej matki i ojca, patrzac na morze, piszac opowiadanie, malujac obraz. Odnajdywalam GO w usmiechu mojego syna, w bukiecie bialego bzu i piekac ciasto dla kogos mi bliskiego. I to byl mój drugi prywatny cud.
Objezdzalam z Janem Pawlem kule ziemska nie ruszajac sie nawet z domowej kanapy, bo on genialnie zaprosil media do wspóltworzenia nowego swiata. I potrafil ta droga byc z nami i u nas: jednoczesnie tu i tam. Bylismy z nim nawet wtedy, gdy platny zabójca zadal mu ciezki cios i wtedy jak dzwigal sie z trudem z choroby i wtedy jak sie z nia zmagal na codzien. Nie wstydzil sie nas. I jezdzil dalej.
Nie wstyd bylo tez kochac, wybaczac, szukac pojednania, wzruszac sie do lez, bo to nie slabosc a sila, ogromna sila. A Jan Pawel II demonstrowal dekalog w zyciu codziennym, te dziesiec waznych filarów czlowieka i wiary przekladal na jezyk czynów: w synagodze, pod Sciana Placzu, z innymi wyznaniami, z komunistami, z wlasnym oprawca. Wyciagnal do niego reke w gescie przebaczenia, gdy nam nawet trudno pogodzic sie chocby z wlasna tesciowa czy dzieckiem.
Postarzal sie i widocznie cierpial, ale starosc i choroba nie byly usprawiedliwieniem, by przybrac „barwy ochronne”, zaslonic sie niemoca i zastygnac w oczekiwaniu na ostateczne rozwiazanie. Starosc nie zwalnia z marzen, zadan i dzialania. I znów bez zbednych slów, apelów i pouczen czynil… cuda. Ludzi starych wyrywal z letargu, z chorych zdjal pietno niemocy, mlodym zabral lek przed pustka starosci. A wszystko to publicznie, w reflektorach kamer i z lasem mikrofonów. Siwe wlosy, zmarszczki, oporne cialo nie zmienily atrakcyjnosci papieza w srodkach masowego przekazu. A przeciez na swiecie istnial równolegle inny wzór piekna i idealu czlowieka medialnego. Lecz ten doskonaly twór medialny nie byl nosnikiem zadnych tresci. Papiez oferowal pelen pakiet.
Udreczony choroba, z widocznym trudem panowal nad samowola ciala. Ale silny duch przebijal sie przez nieprzyjazna, schorowana materie i trwal na powierzchni przytomnie. Mówil niewyraznie, ale kto chcial uslyszec ten slyszal jasno jego poslanie, bo on sam byl tym poslaniem. Nigdy wczesniej nie odczuwalam tak glebokiej wdziecznosci jak podczas tych mozolnych, niedoskonalych aktów komunikacji ze swiatem, z nami, ze mna. Jedynie patrzac na moje nowonarodzone dziecko spotykalam sie z tym nieopisanym stanem milosci.
A swiat sie dziwil i wysylal Jana Pawla II na emeryture, w zaciszny stan starosci, bezczynnosci i z dala od medialnych przekazów, bo jest stary i slaby i nikt go juz przeciez nie rozumie. I po co to wszystko. A on spokojnie trwal i ufal, ze my zglebimy te tajemnice uporu. Bo on nie mógl odejsc, tak jak nie moze odejsc matka czy ojciec. Bo to misja dozywotnia. Bez ulgi, urlopu i zwolnien. Papiezem jest sie do konca i nikomu nie przystoi odwolywac go z tej roli. Wiedzial to Jan Pawel i ufal naszej madrosci.
A potem przyszla pora sie zegnac. Jan Pawel II pojawil sie jeszcze na chwile w oknie swojego apartamentu i juz tylko byl, ale nie mówil. A jednak nie milczal. Pokazal nam zblizajaca sie smierc i swoja wiarygodnosc do konca.
Umieral w otoczeniu milionów, bo on nas szukal a potem my przyszlismy do niego.
Ot caly cud - papieskie credo na zycie i jego ostatnie kazanie o milosci.
|